banner

 Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.     Dziś czwartek, 23 listopada 2017 roku       Jesteś 1130263 naszym gościem.       Osób on-line: 3


Konferencja


    Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała (Łk 7,36-50)


    
Przepiękny jest dzisiejszy fragment Ewangelii (Łk 7,36-50), bo mówi o miłości; mówi o tym, iż miłość jest najważniejsza. Często, słuchając tego fragmentu nie chcemy utożsamiać się z faryzeuszem, do którego przyszedł Jezus, ale też niekoniecznie utożsamiamy się z kobietą. Właściwie najczęściej stajemy gdzieś na uboczu, patrząc na jedną i drugą postać i nie potrafimy za bardzo odnaleźć siebie w tej scenie. Już kilka razy czytaliśmy ten fragment, omawialiśmy - za każdym razem pod innym aspektem - zawsze jednak zwracamy uwagę na miłość.
Człowiek, który zaprosił Jezusa nie musiał być z gruntu złym człowiekiem. On sam siebie uważał za dobrego Żyda, wierzącego, wypełniającego wszystko, co nakazuje prawo. I, tak jak wielu Żydów, był ciekawy, Kim jest Jezus? Dlatego Go zaprosił. Intrygowała go ta Postać. W jego zainteresowaniu Jezusem nie było miłości, nie było czci, po prostu zwykła ciekawość – Kto to jest? Dlaczego budzi tak powszechne zainteresowanie, nawet podziw? Dlaczego ludzie bardzo często mówią o Nim z uczuciem sympatii, życzliwości, a nawet miłości? Dlaczego nauczyciele spośród jego znajomych nie wzbudzają takiego zainteresowania, takiej czci? Dlaczego nie są tak kochani? Ten faryzeusz zaprosił Jezusa, aby Go poznać, aby móc Mu się przyjrzeć. 
Spotkanie w jakimś stopniu w oczach faryzeusza zakłóciła kobieta, która robiła coś, co znowu wprawiało faryzeusza w zadziwienie, trochę we wzburzenie, trochę w niechęć. Wiedział, kim jest ta kobieta. Nie chciałby z nią mieć nic do czynienia, a już na pewno nie chciałby, aby ona w jakiś sposób oddawała chociażby jemu jakąś cześć. Nie chciałby z nią rozmawiać, nie chciałby, aby ona go dotykała. Uważał ją za kogoś gorszego, przecież była kobietą grzeszną, a on w swoim sercu uważał siebie za dobrego, sprawiedliwego. Bacznie obserwował Jezusa i cały czas prowadził wewnętrzną rozmowę z samym sobą. Oceniał, rozważał, nie potrafił otworzyć się na spotkanie z Jezusem. Chociaż to on zaprosił, on spotkał się z Jezusem, jednak tak naprawdę nie otworzył się na przyjęcie Gościa. Raczej przyjął pozycję osoby stojącej z boku, która obserwuje, analizuje, ocenia, wyciąga wnioski, przy tym czyni to chłodno, bez zaangażowania uczuć. I dziwi się zarówno kobiecie, której zachowania zupełnie nie może zrozumieć, ale dziwi się też Jezusowi. On - faryzeusz - nie pozwoliłby, aby ta kobieta dotykała go. Jezus pozwala. A kobieta okazuje wielką cześć Jezusowi, jednocześnie przed Jezusem bardzo się uniża, upokarza. Faryzeusz tego nie może nadal zrozumieć. Wie, kim jest ta kobieta. Co się z nią stało, że zachowuje się w tak niezrozumiały dla niego sposób, zupełnie odmienny niż to czyniła dotychczas? Patrząc na Jezusa, którego zaprosił po to, aby Go poznać, aby ocenić (a mówiono o Nim różne rzeczy przecież) stwierdza, że nie może być kimś, za kogo uważają Go tłumy; kimś wielkim, np. Prorokiem. Gdyby był kimś posłanym przez Boga, kimś żyjącym blisko Boga, miałby poznanie o kobiecie, czym się zajmowała do tej pory, jak bardzo jest grzeszną. 
Faryzeusz myśli z pogardą o kobiecie i z pewną dozą satysfakcji stwierdza, że Jezus nie jest Tym, za kogo uważa Go wiele osób. Jednak w rozmowie z Jezusem nie daje po sobie poznać swego myślenia i grzecznie odpowiada Jezusowi, chociaż chłodno. Dziwi się trochę zadawanym pytaniom i odpowiada tak jak rozumie. Dopiero potem zauważa, iż Jezus podczas rozmowy wykazał się niezwykłą mądrością, rozumieniem duszy faryzeusza i bardzo szybko pokazał mu, kim jest; w jaki sposób on – faryzeusz, który uważa siebie za dobrego, sprawiedliwego – zachował się w stosunku do Jezusa. To przenikanie myśli i uczuć zaniepokoiło faryzeusza. Naraz zrozumiał, że błędnie ocenił Jezusa, że Jezus przejrzał jego myśli, jego uczucia, że je zna, wyraził je głośno i że wcale dobrze faryzeusz nie wypadł w tym poznaniu; że nie jest takim, za jakiego sam siebie uważa. A w dodatku kobieta, którą oceniał tak bardzo nisko, w oczach Jezusa stoi wyżej niż faryzeusz. To dało wiele do myślenia. 
Jezus podkreślił miłość. Przez cały czas nauczania Jezus podkreśla znaczenie miłości. To niezwykłe, że nie zwraca uwagi na to, w jakim stopniu człowiek wypełnia Prawo i stara się być w porządku wobec Boga, ale zwraca uwagę na miłość, na ile człowiek miłuje Boga. To miłość otwiera przed człowiekiem bramy Nieba; nie to, czy grzeszy mało czy dużo, czy jest bardzo słaby, czy już pokonał swoje słabości, ale to, jak bardzo kocha. 
Dzisiejsza Ewangelia jest wskazówką dla wszystkich dusz, również dla dusz najmniejszych, bowiem i dusze najmniejsze raczej nie utożsamiają się z faryzeuszem. W jakimś stopniu potrafią się utożsamić z grzeszną kobietą, chociaż też raczej wolą stać z boku. 
A jednak w dzisiejszej Ewangelii powinniśmy dostrzec siebie w postawie faryzeusza, ponieważ choć już kilka lat uczestniczymy w ciągłej formacji we Wspólnocie i wydaje się nam, że cokolwiek zaczerpnęliśmy z otrzymywanych nauk do swego życia, to niestety nie udało się nie ulec pokusie patrzenia na innych oczami faryzeusza. Jest to ludzka słabość. Gdy sami zaczynamy postępować na drodze duchowej, w nasze serce bardzo często wkrada się pycha. W naszych wypowiedziach, w naszym sercu dokonujemy oceny innych. Zazwyczaj ta ocena stawia niżej ocenianą osobę od oceniającego, ponieważ dusza patrzy z pozycji osoby, która wie, co jest dobrem, która stara się wypełniać Boże przykazania, która już jest doświadczona na maleńkiej drodze miłości. Poczucie doświadczenia, poczucie wiedzy, poczucie kroczenia drogą wytyczoną przez samego Boga tej Wspólnocie niestety zazwyczaj wprowadza duszę w pychę. I chociaż dusza potrafi również w jakimś stopniu odnaleźć siebie w postawie niewiasty, która płacze u stóp Jezusa z wdzięczności za darowane winy, to jednak w duszy w dużej mierze jest i faryzeusz pełen pychy, uważający siebie za kogoś lepszego, kogoś kto postępuje słusznie, kto nie grzeszy; przynajmniej nie w taki sposób jak ta kobieta, jest lepszy. Faryzeusz bardzo często pojawia się w duszy, gdy dusza ocenia innych, gdy patrzy krytycznie na innych, gdy porównuje siebie z innymi. Wtedy to już nie jest dusza maleńka, która z wielką ufnością siada Bogu Ojcu na kolana i po prostu przyjmuje miłość. To już jest inna dusza, która jest pewna swojej wiedzy, pewna swojej wartości, swojej wielkości, a więc dusza pyszna.
W każdym z nas, w naszych sercach i w naszych słowach, w przyjmowanej postawie co jakiś czas pojawia się faryzeusz. Kiedy jednak zdamy sobie sprawę, kto pojawia się w naszym sercu, jak wielka pycha obejmuje nasze serca, jeśli przyjmiemy prawdę o sobie możemy stać się tą kobietą, bowiem Bóg i nam okazuje wielkie miłosierdzie. Bóg i nas kocha nieskończoną miłością i każdego dnia przebacza nam wszystko, czym zdążyliśmy Go zranić. Każdego dnia, gdy przed Nim uniżamy się patrzy na nas tak, jak patrzył na kobietę – patrzy z miłością. Już nie widzi grzechu, słabości, tylko miłość i pokorę. Z wielką miłością i radością podnosi nas, aby nas wywyższyć, przecież daruje nam wiele grzechów, a my odpowiadajmy wielką miłością za nieskończone Boże miłosierdzie. Ilekroć będzie w nas pokusa, by ocenić czyjeś zachowanie (choćby ta ocena w jakimś stopniu była słuszna), przypomnijmy sobie fragment z dzisiejszej Ewangelii i padnijmy na kolana, przylgnijmy do stóp Jezusa, łzami zalewajmy Jego stopy i dziękujmy, że nam Jezus przebaczył, że nas uchronił od wielu grzechów. Uświadamiajmy sobie, iż jesteśmy słabi, zdolni do każdego grzechu, do każdej wręcz zbrodni, tylko Boże miłosierdzie ubiegające nas uchroniło naszą duszę przed wieloma grzechami. 
Dziękujmy więc za wszystko, czym Bóg nas obdarza, za przebaczenie wszystkich grzechów; nie tylko tych popełnionych, ale i tych, które zdolni byliśmy popełnić, a jednak dzięki Bogu nie popełniliśmy. Wyrażajmy swoją miłość. Niech nasze serca rzeczywiście rosną w tej miłości, w tej wdzięczności. Złóżmy je dzisiaj na Ołtarzu z wdzięcznością za Boże miłosierdzie i z prośbą, by Bóg uchronił nasze dusze przed postawą faryzeusza, aby udzielił łaski postawy kobiety, zrozumienia jej uczuć, jej wnętrza i utożsamienia się z nią, bo to, czego doświadczała w swoim sercu było przepięknym doświadczeniem. Niejeden święty uronił wiele łez czując w swoim sercu dokładnie to samo, co ta kobieta.

    
Modlitwa

    
Dziękuję Ci Jezu za dzisiejszy fragment Ewangelii! Dziękuję Ci za prawdę o mnie! Jednocześnie pragnę Ci podziękować za to, że dokonując porównań przywołujesz postać kobiety grzesznej, która bardzo umiłowała i chcesz, abym raczej z niej brała przykład. Moje grzechy, moją słabość przyrównujesz do jej słabości, jej grzechów. Dajesz mi zrozumienie, że to porównanie jest łagodnym porównaniem, wręcz przepięknym. Gdybyś bowiem chciał prawdziwie porównać moją duszę pełną grzechów, pełną słabości do czegoś, co miałoby odzwierciedlać prawdę, to takie porównanie przeraziłoby mnie. Sprawiło, że umarłabym z przerażenia, nie mogłabym patrzeć na obrzydliwość mego serca, które nieustannie Ciebie rani niewiernością. Dlatego, Panie mój, dostrzegam piękno w porównaniu mojej duszy do duszy kobiety z Ewangelii. Widzę Twoją delikatność. Widzę, jak bardzo mnie kochasz i chcesz, abym i ja odpowiedziała miłością taką jak ta kobieta. W mojej głowie, Panie, nie może pomieścić się miłość, jaką Ty darzysz mnie i delikatność, z jaką zwracasz mi uwagę na moje słabości, i wyrozumiałość, i miłosierdzie. Wszystko to pokazuje mi Twoją wielką, nieskończoną miłość, którą mnie obdarzasz. Wobec tej miłości staję oniemiała i nie wiem już, Boże, co czynić i co mówić. Wobec tej miłości człowiek staje się tak maleńki, że znika. Pragnę oddać Ci cześć Boże, Ciebie uwielbić, oddać Ci chwałę, chociaż wiem, że sposób, w jaki to czynię też jest niczym. Ale chociaż trochę chcę dać Ci coś z siebie jako moją odpowiedź na tę cudowną miłość, która zalewa moje serce. 
Dziękuję Ci Jezu za Twoją miłość, za wielką Twoją wyrozumiałość, za Twoją łagodność i delikatność, za Twój pokój. Dziękuję Ci, że nie zrażasz się moimi ciągłymi upadkami, moją brzydotą i obrzydliwością. I chociaż bardzo często przypominam raczej gnijącą padlinę, to jednak Ty pochylasz się nade mną, a Twoja miłość przemienia mnie i czyni Twoim dzieckiem – królewskim dzieckiem. Nie rozumiem Jezu bardzo wielu spraw, nie rozumiem Panie Twoich wezwań, nie rozumiem często czego oczekujesz ode mnie, a jednak w moim sercu nieustanie rodzą się pragnienia, aby Ciebie kochać i żyć dla Ciebie. Nie czuję się na siłach, aby być świętą, a jednak pragnę. Wiem Boże, że Ty jesteś mocą, a ja słabością. Wiem, że Ty jesteś wszystkim, a ja niczym. Wiem, że Ty jesteś światłością, a ja ciemnością. Ty jesteś Święty! A więc Ty jesteś Źródłem tego wszystkiego, czego pragniesz dla mnie i czego ja pragnę. Skoro nic uczynić nie mogę, skoro sama osiągnąć tego celu nie potrafię, ufam, że Ty Sam przybliżysz mnie do celu, że Ty Sam wypełnisz moją duszę swoją światłością, że Ty Sam wypełnisz moją duszę swoją czystością i świętością i Ty Sam wypełnisz mnie miłością. Ja jedynie otwieram przed Toba moją duszę i wyrażam pragnienie, abyś w niej zamieszkał. Nie mam w sobie niczego, co mogłoby choć odrobinę zapewnić mnie o tym, iż mogę osiągnąć Niebo o własnych siłach. Nie mam w sobie nic, co byłoby jakąś domeną świętych, patrząc na nich mogę ich tylko podziwiać. Ale Ty w niezrozumiały dla mnie sposób wlewasz we mnie tak wielkie pragnienie świętości, więc daję Ci moje serce. Mieszkaj w nim! Ty bądź moją światłością, moim życiem, światłem, bądź wszystkim! Bądź siłą, która będzie mnie uzdalniać do kroczenia z Tobą! Nieustannie Boże błogosław mi na tej drodze również teraz, abym nie zapomniała do następnej Komunii św., do cudownego spotkania z Tobą, że mieszkasz we mnie, ze jesteś moją mocą, że jesteś wszystkim i że czynisz mnie świętą. Pobłogosław nas Jezu.

    
Refleksja

    
W domu jeszcze raz spróbujmy zagłębić się w dzisiejszy fragment Ewangelii. Otwórzmy serca na przepiękną miłość kobiety, miłość, jakiej doświadcza dusza, której wiele darowano - na miłość, na wdzięczność. A wtedy w duszy nie ma nic z pychy, natomiast wyrasta pokora. Dusza jest świadoma tego, czym jest sama z siebie, a jednocześnie coraz bardziej uświadamia sobie wielkość obdarowania przez Boga. Jeśli będziemy rzeczywiście starali się wczytywać w ten fragment, zagłębiać, jeśli otworzymy serce na Bożą łaskę, doznamy wzruszenia i nasze serce również poczuje to, co było w sercu kobiety. I będziemy modlić się tym fragmentem, będziemy czytać go wielokrotnie, ponieważ słowa, które będziemy wypowiadać, będą słowami żywymi w nas. Cały ten fragment stanie się dla nas żywym fragmentem i taki pozostanie już na zawsze. 
Warto otwierać serce czytając Słowo Boga, bowiem wtedy to Słowo rzeczywiście dotyka serca, bo wtedy serce doświadcza Żywego Boga; bo wtedy to doświadczenie pozostaje już w pamięci duszy. Za każdym razem, kiedy dusza powraca do niego doznaje wzruszenia i żywe staje się wcześniejsze doświadczenie, bo Bóg Żywy staje przed duszą. Starajmy się otworzyć serca za każdym razem, gdy zbliżamy się do Boga poprzez Jego Słowo.
Błogosławię was - W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

poprzedni          następny

©2010-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone. Strona jest własnością Katolickiego Stowarzyszenia Konsolata. polityka prywatności


Do góry!