banner

 Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.     Dziś wtorek, 21 listopada 2017 roku       Jesteś 1129621 naszym gościem.       Osób on-line: 4


Konferencja


    „Jezus (…) czterdzieści dni przebywał w Duchu na pustyni” (Łk 1,4-13)


    
Jezus wyszedł w Duchu na pustynię i przebywał tam przygotowując się do wypełnienia misji danej Mu przez Ojca. Niektórzy mówią, że pustynia obnaża człowieka, pokazuje człowiekowi, jakim jest naprawdę. Jest swego rodzaju sprawdzianem dla człowieka. Jest coś właśnie z tych powiedzeń. Prawdziwie człowiek na pustyni zaczyna doświadczać samego siebie, doświadcza swoich niemocy, swojej ograniczoności, słabości. Wobec pustyni człowiek okazuje się bardzo mały. 
Nie bez przyczyny właśnie dzisiaj na początku Wielkiego Postu czytany jest fragment o Jezusie modlącym się przez 40 dni na pustyni (Łk 1,4-13). Jezus wyszedł sam. Nie miał przy sobie przyjaciół. Nie zabrał ze sobą całego ekwipunku. Nie wziął namiotu, plecaka, walizki, nie wziął żadnych urządzeń na baterie, aby nieco sobie ułatwić życie. Na pustynię wyszedł sam, bez niczego, bez żadnych sprzętów, ani rzeczy, które w jakikolwiek sposób miałyby Mu ten czas pomóc przeżyć. 
To ważna wskazówka dla każdego z nas. Właśnie rozpoczął się nowy okres liturgiczny. Od samego jego początku mówimy o tym, iż ważne jest dla duszy, aby odpowiednio przygotowała się do Triduum Paschalnego. Aby tak przygotowała swoje serce, by mogła podczas tych najważniejszych wydarzeń otwartym sercem spotkać się z Bogiem i zobaczyć, doznać niezwykłej Bożej miłości. By na nowo mogła przeżyć tę miłość, zachwycić się nią, zadziwić, by mogła zrozumieć wymowę tych najważniejszych wydarzeń i przyjąć sercem. Dzisiaj Jezus pokazuje nam, w jaki sposób należy przygotowywać się właśnie do najważniejszych wydarzeń życia. Najważniejszymi wydarzeniami w życiu ziemskim Jezusa było to, co służyło Dziełu Zbawczemu, a więc męka i śmierć Jezusa na Krzyżu, potem Zmartwychwstanie. Zastanówmy się, co jest najważniejszym zadaniem naszego życia, powołaniem naszym, do którego też należałoby się przygotować?
Najważniejsze jest to, co decyduje o wieczności. Najważniejsze jest to, co wprowadza w tę wieczność. Zatem patrząc na swoje życie spróbujmy rozważyć, jakie sprawy i zdarzenia prawdziwie prowadzą nas do tej wieczności, a które z nich przybierają wręcz odwrotny kierunek, prowadząc nas gdzie indziej? Czy rzeczywiście wszystkie nasze poczynania, wysiłki i starania idą ku temu, by przyjąć zbawienie? Czy nasza codzienność, relacje z bliskimi zbliżają nas do wieczności? 
Gdyby tak szczerze i uczciwie rozpatrzyć każdy dzień, każdą godzinę, wszystkie postawy, zachowania, działania, dążenia okazałoby się, że człowiek postępuje tak, jakby został pozbawiony zupełnie rozumu, bowiem zajmuje się tym, co nie przyniesie mu wieczności. Zajmuje się przede wszystkim sobą, a sam sobie tej wieczności nie jest w stanie zapewnić. Zajmuje się zaspokajaniem swoich potrzeb, swoich upodobań, sprawianiem sobie przyjemności, stawianiem na swoim, egzekwowaniem swoich praw. Człowiek zajmuje się przede wszystkim sobą, a przecież to nie on jest źródłem życia wiecznego. 
I cóż z tego, że postawisz na swoim, że twoje zdanie zostanie uznane? Cóż z tego, że osiągniesz taki, czy inny sukces? Cóż z tego, że dopniesz swego? Cóż z tego, że otoczony jesteś pięknymi rzeczami, przedmiotami, że urządzisz sobie życie tak, jak ty tego chcesz, według swojego gustu? Cóż z tego, że masz wewnętrzne zadowolenie, satysfakcję, że własną pracą, własnym wysiłkiem osiągnąłeś coś? I cóż z tego? Czy to wprowadza ciebie w wieczność? Pomyśl! Gdyby teraz ciebie Bóg chciał wyprowadzić na pustynię, o jakich zabezpieczeniach byś pomyślał? Pierwszą myślą prawdopodobnie byłoby to, co ze sobą zabrać? No właśnie. Najlepiej jeszcze obejść wszystkie sklepy, żeby kupić wszystko to, co jest na baterie, bądź też skorzystać z baterii solarnych, aby jak najlepiej na tej pustyni się urządzić. Nie. Bóg chce cię wyprowadzić na pustynię, ale bez tych wszystkich twoich zabezpieczeń, plecaków, walizek, bez niczego. Bóg chce wyprowadzić ciebie na pustynię, abyś został ogołocony, aby była tylko pustynia i ty. Aby było piekące słońce, aby nie było tam pożywienia, ani wody. Abyś musiał w końcu stanąć przed Bogiem sam i się z Nim spotkać. 
Nawet my, dusze, które już są prowadzone przez dłuższy czas na drodze formacji, które już wiele rzeczy wiedzą i starają się żyć otrzymywanymi pouczeniami, nie potrafimy w takim zupełnym ogołoceniu stanąć przed Bogiem. Zawsze ze sobą mamy coś. I to coś w pewnym stopniu pomaga nam troszkę się zasłonić, troszkę zająć czas. A Bóg chce, abyśmy się nie zajmowali niczym, ale stanęli przed Nim. 
Są dusze, które rzeczywiście specjalnie wychodzą na pustynię, aby tam żyjąc w samotności, ale mając przed sobą Najświętszy Sakrament adorować Boga. I ich czas, ich wysiłek jest skierowany głównie na to, by trwać przed Bogiem. Każdy z nas miewa czasami takie pragnienia, by wszystko zostawić i chociaż na krótki czas być przed Najświętszym Sakramentem, by spotkać się z Bogiem. Wiedzmy, że te dusze, które autentycznie wychodzą na pustynię i tam próbują żyć głównie adoracją Najświętszego Sakramentu, przeżywają trudne chwile, bo rzeczywiście nie mają tam nic, co by im troszeczkę Boga zastąpiło, urozmaiciło im życie. Chcą, czy nie chcą, po prostu stają przed Bogiem i doświadczają straszliwej swojej niemocy. Naraz okazuje się, że jest to bardzo, bardzo trudne, że człowiekowi bardzo ciężko jest po prostu być przed Bogiem, pozostawiając wszystko za sobą. Ileż walk wewnętrznych muszą przejść takie dusze? Same ze sobą muszą walczyć, aby wytrwać, nie uciec, ponieważ to stanięcie przed Bogiem bez żadnych rzeczy, zabezpieczeń, przyjemności, bez niczego, w takim ogołoceniu jest najtrudniejsze. Człowiek musi zmierzyć się sam ze sobą.
W jaki sposób my możemy realizować to wyjście na pustynię nadal prowadząc życie z rodziną, pracując, wypełniając swoje obowiązki? To wyjście na pustynię jest porzuceniem wszystkiego, co czasami wbrew pozorom przeszkadza duszy w spotkaniu się z Bogiem. Zatem spróbujmy codziennie analizować to, co robimy pod kątem, na ile to, co robię jest rzeczywiście np. konieczne, jest moim obowiązkiem, z którego muszę się wywiązać, jest moją pracą, na ile natomiast niektóre z tych czynności, zabiegów, niektóre z tych realizowanych pragnień służy zaspokojeniu pewnych naszych potrzeb, naszych prywatnych dążeń, naszych przyjemności, zaspokojeniu naszego poczucia wartości, na ile to, co czynimy ma podnieść w naszych oczach naszą wartość, na ile realizujemy samych siebie w naszych poczynaniach? Jeśli podejdziemy do tego bardzo rzetelnie, uczciwie, zobaczymy jak wiele rzeczy robimy ze względu na siebie. Nie dlatego, że jest to życiowo konieczne, że jest to nasza praca, nasz obowiązek, ale dlatego, że zaspokajamy nasze pragnienia, ambicje, nasze poczucie wyższości. 
To jest trudne, ale kiedy człowiek podejmie ten trud, zobaczy samego siebie w świetle pustyni, to już coś zyskał. Jednak oprócz tego, że zobaczy się w sobie różne rzeczy, potrzeba jeszcze siły, by rezygnować. I to jest również bardzo trudne. Czasem w pierwszym odruchu dusza rzeczywiście rezygnuje z takiej, czy innej przyjemności, z takiej czy innej sprawy, przyzwyczajenia. Ale w tej rezygnacji trzeba trwać i to też okazuje się chwilami nie do przeskoczenia. Wtedy pojawiają się różne myśli: w sumie dlaczego? po co? chociaż ten jeden raz sobie pozwolę; właściwie czy to ma sens? czy to coś da? i tak się nie zmieniłem; a przecież to nie zaszkodzi; co pomyślą inni? jak zareagują? właściwie dlaczego nie miałabym, nie miałbym tak postąpić, czy tego zrobić, to sobie wziąć? z tego skorzystać ten jeden raz, potem znowu wrócę na pustynię. 
Na pustynię trzeba wyjść daleko. Nie na jej obrzeża, żeby można było w razie czego powrócić do swojego domu. Pustynia, na którą wyszedł Jezus, to pustynia skalista, pustynia ciągnąca się kilometry. Kiedy wychodzimy na taką pustynię, kiedy musimy wspinać się na góry, schodzić, przechodzić, nie ma tej możliwości, że skoczę na chwilę do domu, wypocznę i wrócę z powrotem, aby znowu być na pustyni. Ten trud poniesiony na to, by na tę pustynię wyjść i przejść taki szmat drogi wspinając się, schodząc, doświadczając różnych nawet niebezpiecznych sytuacji, to wszystko, ten trud poniesiony nie może być zniweczony później powrotem. Drugi raz już nie wyjdziesz na pustynię, znasz ten trud, wiesz ile cię kosztowała, już nie będzie ci się chciało znowu podejmować ten wysiłek. Sam powrót na pustynię zresztą też wymaga czasu. 
Od początku Wielkiego Postu mówimy o wypełnianiu takich trzech warunków: o modlitwie, poście i jałmużnie. Mówiliśmy o tym, czym jest modlitwa, post, jałmużna w odniesieniu do Jezusa i w jaki sposób mamy się wzorować na Nim. To wyjście na pustynię jest rodzajem postu, ponieważ człowiek rezygnuje z siebie, nie karmiąc samego siebie niczym, czym karmił do tej pory swoją duszę, swoje serce, swoją psychikę, wszystko, co się z tym wiąże. Do tego potrzeba łaski. Bez tej łaski nie da się pozwolić na ogołocenie samego siebie. Zawsze w sercu człowieka jest rodzaj samoobrony, zawsze człowiek instynktownie broni swojego życia, zdrowia, siebie samego. Takie ogołacanie często wywołuje sprzeciw w człowieku gdzieś wewnątrz, broni się przed tym. Potrzeba Bożej łaski, która da siłę, by na tę pustynię wyjść, by pozwolić na to ogołocenie, by zrezygnować z samego siebie, by jednocześnie na tej pustyni trwać przed Bogiem, próbować się z Nim spotkać, co też jest trudne, wymaga czasu, wymaga wysiłku, samozaparcia, wytrwałości, wymaga również odwagi, bowiem człowiek przechodząc przez kolejne etapy musi stanąć oko w oko z prawdą o sobie tak bolesną, tak bardzo obnażającą nędzę ludzką.
Niejedna dusza do tego momentu doszła, a potem zawróciła, ponieważ łatwiej jest, przyjemniej jest prowadzić takie życie, jakie się prowadzi, taką formę modlitwy, jaką człowiek się modli, bez głębszego zaangażowania, bez świadomości swojej nędzy, bez wysiłku, by pomimo tej nędzy, pomimo tej prawdy zatrważającej serce zaufać Bogu, stając przed Nim. Do tej prawdy o sobie jeszcze nie dotarliśmy, ale warto spróbować. Bez przekroczenia tego progu trudno nawet jest mówić o dalszym rozwoju duchowym, trudno jest mówić o dążeniu do doskonałości, o prawdziwej formacji, o zjednoczeniu z Bogiem.
Bóg zaprasza każdego z nas na pustynię, zaprasza do ogołocenia, zaprasza do rezygnacji ze wszystkiego, zaprasza do spojrzenia na siebie, odważnego spojrzenia, zaprasza do wytrwałości w tym dążeniu do prawdy. A wszystko po co? Po to, abyśmy mogli zrealizować swoje życiowe zadanie, abyśmy mogli jak najlepiej wypełnić misję, tak jak Jezus, byśmy mogli prawdziwie osiągnąć wieczność. I w tej wieczności cieszyć się ogromną bliskością Boga. 
Nie znaczy to, że jeśli na tę pustynię nie wyjdziemy i nie wytrwamy, to Pan Bóg nam miejsca w Niebie nie da. Bóg zapragnął nas mieć blisko Siebie, a więc pragnie naszego życia w ogromnej bliskości Jego Serca. Owszem można również być w Niebie, być świętym i żyć niekoniecznie tak blisko, a jednak być szczęśliwym. Bóg napełnia szczęściem każdą duszę, którą przyjął, którą uświęcił. Każda dusza napełniona jest szczęściem po brzegi. Tyle, że rozmiar tych dusz jest różny. To wzrost duszy na ziemi niejako sprawia później jak wiele Bóg musi wlać szczęścia w duszę. Dusza o słabym rozwoju napełnia się po brzegi kropelką szczęścia, ale jest szczęśliwa. W Niebie nie ma innych dusz. Ale dusza, która na ziemi wzrasta, rozwija się, może potrzebować już kilku wiader, całe cysterny, a może baseny. Czy będziemy zatrzymywać się na tej kropelce, czy może odważymy się pomarzyć o całym oceanie? Bóg pragnie dla nas oceanu.
Połóżmy swoje serca na Ołtarzu, prosząc, by Bóg napełnił je łaską, byśmy mogli zrozumieć tę wielką potrzebę wyjścia na pustynię, byśmy zapragnęli, byśmy mieli siły wyjść, a potem byśmy mieli siły na tej pustyni wytrwać, byśmy pozwolili na ogołocenie, byśmy potrafili przyjąć prawdę o sobie, by ta pustynia nas przemieniła.

    
Dziękczynienie

    
O mój Jezu! Przychodzisz do nas Ty Doskonały, Święty. Przychodzisz do nas dusz bardzo słabych. Czasem bardzo mocno doświadczamy swoich słabości, one nas przygniatają do ziemi. A jednak nasze poznanie samych siebie jest znikome, jeszcze nie rozumiemy, jak bardzo jesteśmy słabi. Jeszcze nie znamy siebie. Dlatego zapraszasz nas na pustynię. Na pustyni człowiek może stanąć sam przed sobą. Twoje zaproszenie wywołuje w naszych sercach pewien niepokój, czy na pewno chcemy dojść do tej prawdy, czy mamy w sobie taką odwagę, czy mamy siły, a przede wszystkim, czy mamy na tyle chęci, by to zrobić. Prosimy więc, abyś pomógł nam, tak jak pomagasz nam we wszystkim zawsze powtarzając, że my mamy podjąć ten wysiłek, a Ty będziesz dokonywał reszty. Naszym wysiłkiem jest teraz ta prośba, abyś nam pomógł wyjść na pustynię, abyś dał naszym sercom odwagę, abyś przemył nasze oczy, abyś pomógł nam nie uciec z pustyni. Udziel nam prosimy swojego Ducha, który nas poprowadzi. 
Jezu! Twoja miłość do stworzenia jest tak ogromna, że pokonałeś wszystko tutaj na ziemi, aby ta miłość została objawiona, aby zwyciężyła. Tą miłością obdarowujesz nas, abyśmy żyli wiecznie. Pragniemy tę miłość przyjmować, pragniemy dążyć do wieczności, ale słabości nasze przygniatają nas do ziemi. Potrzebujemy Twojej miłości, aby mieć siłę, aby wiedzieć, aby mieć lepszą perspektywę patrzenia, aby iść. Jednak nawet serc nie możemy otworzyć, aby tę miłość przyjąć. Prosimy, dotykaj naszych serc, by otworzyły się na Twoją miłość. Prosimy, dotykaj serc, aby przyjęły miłość. Dotknij serc, aby tą miłością żyły nasze serca. Pomóż nam w ten sposób dążyć do zrealizowania naszego powołania. Pomóż nam w ten sposób w dążeniu do wieczności. Udziel nam, prosimy, swojego Ducha.
Dziękujemy Ci Jezu za to, że rzeczywiście dotykasz naszych serc. Dziękujemy, że Twoja łaska dotyka naszych oczu, uszu. Dziękujemy Ci za to, co czynisz w nas. Dziękujemy Ci za Twoją żywą obecność, za to, że zawsze odpowiadasz na nasze modlitwy. Nigdy nie jesteś głuchy. Dziękujemy Ci! Jesteś! Kochasz! Przenikasz! Wybacz słabości nasze. Nie potrafimy docenić, ale ufamy, że z czasem nasze małe serca napełnione Twoją łaską zaczną lepiej widzieć. Będziemy mogli wtedy pełniej Ciebie uwielbić. Teraz chcemy połączyć się z Aniołami, ze Świętymi w Niebie, by razem z nimi Tobie podziękować. Udziel swojego Ducha, by popłynęła z naszych serc pieśń uwielbienia. Udziel nam prosimy swojego Ducha. 
Dziękujemy Ci za wszystko, czym obdarzyłeś nas, co służy nam, dzięki czemu możemy iść Twoją drogą. Dziękujemy Ci za wskazania. Dziękujemy za to wyróżnienie. Oczekujesz więcej od nas. Prosimy, abyś pobłogosławił nas w ten sposób, dając na czas Wielkiego Postu swoją łaskę, która pomoże zrealizować to, o czym mówisz, czego oczekujesz. Daj swoje błogosławieństwo, byśmy się utwierdzili w tym przekonaniu, że będziesz z nami. Daj swoje błogosławieństwo, byśmy ufali, wierzyli. Udziel nam, prosimy, swego błogosławieństwa.

    
Konferencja

    
Najważniejsza jest miłość. Cokolwiek człowiek realizuje w swoim życiu, ważne jest, aby czynił to z miłością i aby intencją była miłość. Choćby to były największe dzieła, nie powodowane, nie kierowane i nie czynione z miłością, upadną wcześniej czy później. Choćby te dzieła wydawały się najbardziej święte, jeśli intencją nie jest czysta miłość i jeśli nie czynione są z miłością, nie odniosą spodziewanego skutku, nie będą świętymi dziełami i rozpadną się. Miłość jest jedyną siłą twórczą; siłą, która daje prawdziwe życie wszystkiemu i wszystkim, a więc ludziom, ale i dziełom. To miłość sprawia, że dzieła te niosą dobro i promieniując nim, rozprowadzają tę miłość na wiele, wiele dusz. Miłość, która jest w intencji dzieła obejmuje całe rzesze dusz. Mówiliśmy już wielokrotnie o łączności w Kościele; o tym, że cokolwiek dzieje się z jedną duszą, ma swój wydźwięk w innych. Podobnie jest z dziełami.
W okresie Wielkiego Postu Bóg wzywa nas do modlitwy, postu i jałmużny. Daje w tym kierunku pouczenia, wskazania, zaprasza na pustynię i wyjaśnia, na czym ona ma polegać. Jednak ważne jest, aby w tych wszystkich staraniach nie zapominać o samej istocie, a jednocześnie o celu. A tym jest miłość. Można wyjść na pustynię, można podejmować post, jałmużnę, modlitwę; można czynić wiele. Jednak jeśli w sercu człowiek nie dąży do miłości i nie kieruje się nią, owoce jego działań też pozbawione będą miłości i nie przybliżą duszy do wieczności.
Otrzymujemy bardzo wiele pouczeń. Staramy się do nich stosować. Jest to rzeczywiście bardzo ważne, by na bieżąco czytać przesyłane pouczenia, rozważać je i starać się wprowadzać je w życie. Jednak trzeba być przy tym bardzo czujnym, aby nie było to celem samym w sobie, by nie zagubić gdzieś po drodze tego najważniejszego celu, jakim jest miłość. Z jednej strony należy dążyć do wypełniania Bożych oczekiwań, z drugiej zaś  – musi być to wszystko czynione z miłości. Inaczej dusza nie wzrasta, a wręcz odwrotnie – podąża ku zupełnie innemu celowi. 
Wychodząc na pustynię, stając przed Bogiem, próbując trwać przed Nim, przed Jezusem Eucharystycznym – chociażby w kaplicy, gdzie wystawiony jest Najświętszy Sakrament od rana do wieczora; klękając przed Jezusem, podejmując takie postanowienie, że chciałoby się codziennie być i adorować, w pewnym momencie poczujemy się w środku puści. Zabraknie słów, wydawać się nam będzie, że to nie ma sensu, bo nie potrafimy się modlić. W takich chwilach duchowych zmagań ze swoja słabością ludzie przyjmują różne postawy – jedni przerywają modlitwę, wychodzą, czasem zupełnie rezygnują z przychodzenia na adorację, inni próbują zostać. Jeszcze inni robią to „na siłę”, bo słyszą, iż należy to czynić. Powoli gubią samego Boga. Wysiłki wkładają w to, żeby wytrwać – pół godziny, godzinę, a tracą istotę tego, po co w ogóle przyszli. Aby to nie zdarzyło się podczas naszych prób trwania na pustyni, dobrze byłoby stale przypominać sobie, iż przychodzimy do Jezusa z miłości, chcemy Go adorować, pragniemy towarzyszyć Mu w Jego męce. 
Nie należy mylić tego poczucia pustki, tego stanu kiedy dusza się zniechęca i nieraz rezygnuje z innym stanem - kiedy Bóg zasłaniając niejako łaskę, pozwala duszy doświadczyć pustki, osamotnienia, tego, że ona niczego, dosłownie niczego nie czuje i odnosi wrażenie, jakby Boga nie było. Pan taką duszę przygotowuje wcześniej i ona w głębi swojego serca ma wiarę. I to co Bóg złożył w jej głębi, trzyma ją przy Nim, pomimo tego, że nie doświadcza, nie ma ani odrobiny pomocy – takiej namacalnej: żadnych doznań, rozkoszy, żadnego doświadczenia obecności Bożej. Mówimy o takim zdarzającym się właściwie każdej duszy doświadczeniu własnej niemocy trwania przed Bogiem. W takich chwilach warto sobie przypomnieć: przyszedłem tutaj po to, aby z miłości do Jezusa po prostu z Nim trochę pobyć – by nie czuł się samotny, by mógł oprzeć się na mnie, choć nie mogę wiele Mu pomóc. 
Dusza jest słaba i tak naprawdę to ona przychodząc do Jezusa, potrzebuje pomocy. Ale jej nastawienie – to wyjście z siebie, by być dla Jezusa -  jest bardzo istotne. To jest ten moment dawania siebie, choć na bardzo małą skalę. W ogóle nie ma żadnego porównania do ofiary Jezusa, ale jest to bardzo ważne. Jezus jest wielki, nieskończony i Jego ofiarowanie jest dokładnie takie jak On. Nasze ofiarowanie może być tylko takie, jakimi my jesteśmy, a więc niewielkie. Jednak istota tkwi w tym, iż Jezus ofiarowuje się cały – nie tylko Ciało, ale i Duszę, Ducha, psychikę. 
W naszym wyjściu na pustynię, w poście, modlitwie, jałmużnie chodzi właśnie o to całkowite ofiarowanie siebie. Jeśli podczas takiej adoracji ty dasz całego siebie, ze wszystkich sił będziesz starał się trwać przed Bogiem i kochać, odrzucać niepotrzebne myśli; jeśli w to swoje trwanie włożysz całego siebie, to w tym momencie, na tę chwilę będzie to twoje całkowite ofiarowanie. I tak jak ofiarowanie się Jezusa przyniosło zbawienne skutki dla całej ludzkości, tak i twoje ofiarowanie też przyniesie owoce – nie tylko tobie, ale i innym duszom w Kościele. 
Jednak cały czas należy pamiętać o miłości. To niezmiernie ważne, aby wciąż uświadamiać sobie, iż czynię to z miłości. Klękam przed Jezusem, bo kocham; pragnę trwać przed Nim, bo kocham; chcę dać Mu siebie, bo Go kocham. Pomimo, że nic nie czuję, że zaczyna wydawać mi się już to bez sensu, chcę pozostać – dla Niego, nie dla siebie; dla Niego, bo Go kocham. 
Dusze często uciekają przed tym doświadczeniem pustki i bezsensu trwania dlatego, ze zależy im na sobie. A przecież przychodzimy do Jezusa, klękamy dla Niego, jesteśmy przy Nim, żeby Go wesprzeć. Nie jest ważne więc to, jakie jest nasze samopoczucie, czy doświadczamy słodyczy Bożej obecności, czy nie czujemy niczego, a wręcz ciemność panuje w naszej duszy. Nie przyszliśmy dla własnych rozkoszy, ale dla Jezusa. 
Całkowita rezygnacja z siebie, ofiarowanie swojego czasu, wysiłku, zmęczenia, swych  myśli i serca Jezusowi. I próba uświadamiania sobie, że jest się przed Bogiem, choćby się tego  nie czuło. Wtedy dokonuje się to, czego Bóg oczekuje szczególnie podczas Wielkiego Postu, a więc modlitwa, post i jałmużna. Jesteśmy przed Bogiem, modlimy się, rezygnujemy z siebie (post) i ofiarowujemy siebie Jemu (jałmużna). Zazwyczaj przychodzi w pewnym momencie ta myśl, że to chyba nie ma sensu, tracę tylko czas, w którym mógłbym zrobić to czy tamto. Wcześniej zaplanowałeś ten czas, zdecydowałeś, że poświęcasz go Bogu – z miłości. Odrzucaj więc te wszystkie wątpliwości, które przychodzą do ciebie podczas modlitwy. Odrzucaj wszystkie myśli, które będą się narzucać: o rodzinie, obowiązkach, przeróżnych sprawach, które miały miejsce tego dnia. Będą przypominały się wydarzenia, sytuacje, różne obrazy. Staraj się to odrzucać. Ten czas przeznaczyłeś dla Kogoś innego. Na samym początku, od razu przyjmij, że nie będzie to łatwe. 
Doświadczenia związane z adoracją już mamy. Staramy się często adorować Jezusa. Nie jest to nic nowego dla nas. Jednak czas Wielkiego Postu tak szczególnie przybliża tę potrzebę bycia przed Bogiem. Po to, by zbliżając się do Niego, poznawać Jego miłość i przygotować się lepiej do Triduum Paschalnego. Jeśli zawiodą wszystkie inne argumenty, myślmy właśnie o tym. Z miłości do Jezusa chcę się jak najlepiej przygotować, by spotkać się z tą Miłością tak szczególnie jak nigdy dotąd. Owszem, można z Jezusem umęczonym spotykać się codziennie, rozważać Drogę Krzyżową, odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Jednak nie można lekceważąco podchodzić do Triduum Paschalnego. Ma to miejsce raz do roku i jest naznaczone szczególnym błogosławieństwem Nieba. To nie jest zwykły czas, nawet nie taki jak każdy inny piątek, jak godzina trzecia po południu każdego dnia. Dzięki Duchowi Kościół wchodzi w czas Wielkiego Czwartku, Piątku i Soboty i prawdziwie przeżywa mękę Jezusa. 
Wielokrotnie mówiliśmy o tym, iż w świecie duchowym można przeżywać każde zdarzenie, które po ludzku miało miejsce jakiś czas temu albo dzieje się w pewnej odległości od nas. Na to potrzeba Bożej łaski i otwarcia duszy. Bóg udzielając tej łaski, wprowadza duszę w doznania danych wydarzeń. Nawet jeżeli ona niczego nie czuje, poprzez wiarę przyjmuje, że uczestniczy w nich. Jeśli chodzi o Triduum, jest to niezwykły czas, ponieważ Bóg udziela tej łaski całemu Kościołowi. Na ten czas otwiera przed wszystkimi duszami świat duchowy i zaprasza je do uczestnictwa w tych wydarzeniach. Czyni to dlatego, że są to najważniejsze wydarzenia w dziejach ludzkości; ponieważ sensem przyjścia Jezusa na ziemię było właśnie Triduum, męka, śmierć, a potem zmartwychwstanie. Jest to tak ogromnie ważne wydarzenie, najważniejsze ze wszystkich, że Bóg udziela tej łaski całemu Kościołowi, na ten czas otwierając świat duchowy, zapraszając do niego, obdarzając poszczególne dusze łaską spotkania Jezusa, poznania tej niepojętej Miłości, która godzi się na ofiarę z samej siebie. 
Jeśli dusze otwierają się na tę łaskę, na ten dar Nieba, doświadczają prawdziwie życia Jezusa w sobie. Całym sensem tego wydarzenia jest właśnie obdarowanie życiem – życiem Boga; nie życiem ludzkim Jezusa, ale Boskim. A życie Boskie jest wieczne. Dlatego właśnie Bóg otwiera przed nami Niebo – byśmy mogli doświadczyć głęboko Jego miłości i przyjąć Jego życie. Ponieważ nie jest to zwykłe doświadczenie, takie jak każde inne, dusza musi być przygotowana. Owszem, zdarzają się czasem wyjątki. Bóg w taki sposób potrafi dotknąć jakąś duszę, którą chce powołać do jakiegoś dzieła, że w jednym momencie jest ona gotowa i przyjmuje ten dar. Ale zazwyczaj Bóg pragnie i oczekuje, by dusze przygotowywały się podczas Wielkiego Postu na przyjęcie tego daru. 
Mając świadomość tego, co będzie się dokonywać, w czym możemy uczestniczyć (możemy, bo nie dzieje się to mechanicznie – Bóg daje dar, dusza otrzymuje i żyje), pamiętajmy, że należy się przygotować, otworzyć. Poprzez rozważanie Bożej miłości, życia i męki Jezusa dusza musi zgłębiać te tajemnice, by w końcu podczas spotkania z Bogiem w Wielkim Tygodniu otrzymać tę łaskę, która przemieni niejako wszystkie jej wcześniejsze przemyślenia, rozważania, poznania i w sposób niezwykły  rozjaśni ją. To co dzieje się przez cały Wielki Post, jest taką podstawą, bazą, na której potem Bóg buduje w naszej duszy obraz swojej miłości. To troszeczkę tak (niewiele, ale troszeczkę) jak z telewizorem – żeby obejrzeć jakiś program, trzeba mieć odbiornik i go włączyć. My mamy ten „telewizor” przygotować, a Bóg niech go włączy. Na to potrzebujemy czasu. 
Czas jest nam dany, już się rozpoczął. Każda chwila jest cenna. Bóg nie dał tylko niektórych godzin w ciągu dnia. Dał całą dobę – dwadzieścia cztery godziny. Codziennie. I w każdej godzinie, minucie i sekundzie udziela łaski przygotowania się do Triduum. Warto pomyśleć, czy nie marnuje się tych godzin, minut, sekund, czyli tych łask w nich danych. Warto o tym myśleć, przypominać sobie, zadawać sobie to pytanie, robić często rachunek sumienia. I tak jak było powiedziane w Środę Popielcową – cały czas powracać do Ogrójca i myśleć czy i w jaki sposób realizuje się post, modlitwę i jałmużnę. 
Warto zadać sobie trud wyjścia na pustynię i zrezygnować z wielu rzeczy i spraw, które naprawdę nie są aż tak ważne, jak się często człowiekowi wydaje i można bez nich żyć. Można przeżyć całe życie, obywając się bez wielu rzeczy. A już szczególnie można zrezygnować z tego, co jest karmieniem własnego egoizmu, pychy. Z tego należy zrezygnować. I pamiętać, że wszystko czynimy z miłości. To nie jest jakaś dyscyplina sportowa, w której chce się osiągnąć sukces. To nie jest kolejna dieta podejmowana w celu schudnięcia. To jest coś o wiele głębszego. Tu chodzi o miłość. I to co czynimy nie służy kształtowaniu naszej sylwetki, swojego image, wizji własnej osoby, opinii o sobie, Chodzi o zjednoczenie z Bogiem w miłości, o przygotowanie w ostatecznym celu do wieczności.
Na czas tych przygotowań błogosławię was. W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

poprzedni          następny

©2010-2017 Wszelkie prawa zastrzeżone. Strona jest własnością Katolickiego Stowarzyszenia Konsolata. polityka prywatności


Do góry!